Cukrzyca Ojca powodowała ciężkie dolegliwości. Cierpiał na ciągłe bóle głowy, nienasycone pragnienie, miał częste nudności, nadwagę. Każdego dnia otrzymywał spore dawki insuliny w zastrzykach. Jednak nie tracił nigdy radości. Z właściwym sobie poczuciem humoru żartował na temat swojego podwyższonego poziomu cukru we krwi: „Powinno się mnie nazywać Pater dulcissimus”. Sprawiał wrażenie jakby nie martwił się tym, że jego choroba była nieuleczalna.
27 kwietnia 1954 roku Álvaro del Portillo, jak zwykle, zrobił mu zastrzyk insuliny i usiedli przy stole. Nagle Ojciec zwrócił się do niego:
„Álvaro, daj mi rozgrzeszenie”.
Ponieważ wyglądał dobrze, ksiądz Álvaro, nic nie rozumiejąc, odpowiedział:
„Ależ Ojcze, o czym Ojciec mówi?”.
„Rozgrzeszenie!”.
Widząc, że ksiądz Álvaro nie zrozumiał, zaczął przypominać mu słowa formuły:
„Ego te absolvo…”
Wtedy stracił przytomność, upadł na oparcie fotela a jego twarz zmieniała kolory z czerwonego na fioletowy, żółty i ziemisty…
Ksiądz Álvaro dał mu rozgrzeszenie i natychmiast wezwał lekarza, ale zanim przybył doktor, Ojciec powoli doszedł do siebie. Chodziło o szok anafilaktyczny. Na kilka godzin stracił wzrok, ale… został uleczony! W pełni uleczony. Wprawdzie niektóre powikłania pojawiały się w kolejnych latach, ale nie miał już cukrzycy. Lekarz, który zajmował się jego leczeniem, był zdumiony. Chorował przecież ponad 10 lat.
Źródlo informacji: www.pl.josemariaescriva.info